Eksponat sierpnia 2016

grafika: Marian Jędrzejewski, Przemiany II, 1979, linoryt na papierze, wym. 46,5 x 43,5 cm, nr inw. MZ/PN/881

Przemiany II

Marian Jędrzejewski ma „zurbanizowaną wyobraźnię”; cała jego inwencja, potencjał twórczy i wyobraźnia ożywają w kontakcie z urbanistyczną przestrzenią. Temat miejskiej architektury to niemal wyłączny przedmiot jego artystycznych zainteresowań. W oryginalnych wizjonerskich kompozycjach, (Stare miasteczko”, „Stara uliczka”, „Przemiany”, „Sen o mieście”) kreował osobliwe „twarze miasta”, rosnące powoli przez długie miesiące i lata jego benedyktyńskiej pracy (linorytnika).

Misterna struktura drobnych, przenikających się form, niezwykłe poczucie płaskiej dekoracyjności, zdecydowany rytm czarno-białych kontrastów, a jednocześnie poetycka zwiewność pajęczej linii... Dziwne, nierealne miasteczka i budowle jak ze snu, z których emanuje trudne do opisania napięcie; klimat jak z dusznego świata Kafki – to czarno-biały świat wizji Jędrzejewskiego. Ta sztuka wydaje się ciemna w swoim duchowym wyrazie, jakby wewnętrznie napięta, bardzo skupiona i surowa. „Sny o mieście” na wiele lat zawładnęły wyobraźnią artysty. 

W jego wizjach miasto wypiętrza się, staje jak ściana przed samotnikiem, widziane twarzą w twarz, całkiem z bliska – wysokie i hieratyczne, zmonumentalizowane. Wynurza się z ciemności, a raczej trwa w sennym zawieszeniu w kompleksach wertykalnie ukształtowanych budowli, w  zwartych pierzejach kamienic poprzecinanych wąwozami ulic. Wszystko to oddane subtelną kreską, wąziutkimi szczelinami bieli na czarnym tle.

Najczęściej są to zagadkowe struktury jakichś spiętrzonych budowli wcielonych w osobliwą (własną autora) „kreacyjną konstrukcję kojarzącą się  czasem z gotycką katedrą, czasem z szopką krakowską albo zespołem nadmiernie wydłużonych kopulastych cerkwi” (A. Ligocki). Całość kompozycji opracowana jest na płaszczyźnie; Jędrzejewski nie dąży do przestrzenności – koncepcja jego linorytów jest płaszczyznowo-ornamentalna.

Z niebywałą precyzją wykreśla detale tej zjawiskowej architektury: bogato zdobione elewacje kamieniczek wyposażonych w wyszukane attyki, kolumny i filary, wieżyczki, arkady i wykusze, dekoracyjne wykroje okien i drzwi; spiętrza je jedne ponad drugimi w kilku kondygnacjach zwieńczając wreszcie całość u góry finezyjną linią gzymsów, kopułami, fantazyjnymi łamanymi dachami, wieżycami, ale bywa, że i gąszczem kominów pod czarnym niebem. Między  koronkowym ornamentem zieją czarne oczodoły okien i ślepe czeluści bram wiodących donikąd; nikt chyba nie mógłby mieszkać w tych domach-widmach. To świat bezludny i milczący, mimo swoistej zjawiskowej urody, oschły i zgeometryzowany, bez krzywizn giętkich linii opisujących kształty roślin czy zwierząt.

Choć jakieś pojedyncze sylwetki pojawiają się czasem w kamiennym świecie dziwnych miast Jędrzejewskiego; pośród mas „metodycznie spiętrzonych detali architektonicznych”, płaskie i przezroczyste, robią wrażenie nikłych zjaw zbłąkanych z innej rzeczywistości.

Ale najpewniej ze snu. Uderza ta emanacja aury onirycznego miasta – „zagadkowości, niepokoju i melancholii marzeń sennych”. Majaczące widmowo miasto czy raczej „wznoszony wielokrotny przestwór, czarny labirynt rosnący w nieskończonych kondygnacjach” (B. Schulz) nie „oddycha światłem”, niebo nad nim bywa czarne, oślepłe. Emanuje atmosferę niepewności i nostalgii; między ścianami budynków, w ciasnych zaułkach czai się trudne do opisania napięcie, poczucie dziwności i nieoczywistości świata. Czasem – niepokoju znanego z nocnych wędrówek po opuszczonych obcych miejskich zaułkach, w ciemnościach, „gdzie zamknięte na głucho sklepiki i bramy (…), targane przez wiatr nocne szyldy ukazują beznadziejne opuszczenie rzeczy pozostawionych samym sobie, zapomnianych przez ludzi.” (B. Schulz). Ale czasem wystarczy blask księżyca i wysoko pośród spiętrzonych dachów pojawia się, jak sygnał, sylwetka „Lunatyczki” o twarzy „srebrnej od magii nieba” (B. Schulz).

Lunatyczka

Jędrzejewski powraca do pewnych motywów, np. dziwnych pociągów, samotnych dworców, jakby zafascynowany ich nostalgią i tajemnicą.

W onirycznych wizjach Jędrzejewskiego miasto piętrzy się jak ściana przed samotnikiem nie-swoje, obce, zagadkowe; przemawia do artysty przez swoją powierzchnię tylko – płaski fantom. Ta „powierzchniowa frontalność” to jedyny sposób doświadczania przezeń urbanistycznej przestrzeni.

Niektóre prace artysty noszą wyraźne znamiona ludowego instynktu konstrukcyjnego, a zwłaszcza dekoracyjnego: w samym frontalnym układzie, w dążeniu do swoistej monumentalności, symetrii i rytmizacji kompozycji; w powtarzalności form, a przede wszystkim w bogactwie ornamentyki, w ludowym poczuciu horror vacui. Jędrzejewski kilkakrotnie powraca do motywu szopki krakowskiej (jak wiadomo niezwykle okazałej architektonicznie); w jego interpretacji to imponujące, rozbudowane z trudnym do opisania przepychem form i  ornamentyki, konstrukcje. Charakterystyczne, wielokondygnacyjne kopulaste wieżyce, choć „opisane” finezyjną kreską, w rozmigotanym „skrzącym się” bogactwie drobnego dekoru, zdają się przytłaczać nikłe sylwetki w ciemnym wnętrzu stajenki.   

 Szopka

*  *  *

W kompozycji „Przemiany II” Jędrzejewski – mimo widocznej nieustannej gotowości do upiększania i dekoru – jest przede wszystkim  konstruktorem-architektem, budującym swoje miasta według logiki własnej wyobraźni. Próbuje tu zamknąć fragment miejskiego pejzażu w gigantycznej fasadzie jakiegoś budynku nakrytego spadzistym dachem; (jego powierzchnię wypełnia drobiazgowo wyrysowany gąszcz wielkoprzemysłowych elementów, widniejących zwykle na horyzoncie śląskich miast). „Wycina” go konturowo, uzyskując ciekawy efekt misternego dekoru na „pustym” tle. Monumentalizm fasady – podobnie jak we wszystkich innych pracach – skutecznie niwelują cięcia klarownych podziałów i dekoracyjne poszatkowanie jej setkami kresek; pojawiają się też rozmaite formy figuralne, często multiplikowane: tarcze zegarów, latarnie, jakieś emblematy w kasetonach, napisy, a także dziwne zgeometryzowane maski jakby egzotycznych totemów. Jednak w tej kompozycji artysta, jakby znużony płaską dwuwymiarowością, próbuje złamać zewnętrzną skorupę, otwierać jakieś głębie (w gruncie rzeczy bardzo płytkie); wzrok widza dostrzega na dalszym planie inne fasady, uliczki, nikłe, drobniutkie postaci i pojazdy. Opowieść o tytułowych „przemianach” sygnalizują w górnej parii sylwetki dźwigów pośród wznoszonych bloków mieszkalnych.

*  *  *

Nota biograficzna

Marian Jędrzejewski urodził się w 1937 roku w Chorzowie w rodzinie robotniczej (przybyłej na Śląsk z Poznańskiego). Po ukończeniu zasadniczej szkoły zawodowej pracował w Hucie Kościuszko jako hutnik ślusarz. W drugiej połowie lat 80. po ciężkich i długotrwałych chorobach przeszedł na rentę inwalidzką; ostatnie lata życia spędził w Domu Opieki w rodzinnym mieście. Zmarł w kwietniu 2001 roku.

Podstawy warsztatu graficznego opanował pod kierunkiem znanego artysty Stefana Suberlaka na zajęciach w Ognisku Plastycznym w Katowicach w latach 1956–1959. Sztuce poświęcał każdą wolną od pracy zawodowej chwilę; był introwertykiem, człowiekiem nieśmiałym, nieporadnym życiowo samotnikiem (nie założył rodziny). Oczywistym motorem jego twórczości artystycznej była kompensacja.

Jadwiga Pawlas-Kos



Liczba gości na stronie: 2511193
Projekt i wykonanie serwisu agencja red Jungle